Dodano: 4 Maj 2026r. 10:54

Wysokie ceny energii w Europie nie są już ubocznym skutkiem transformacji klimatycznej. Stały się jej centralnym kosztem politycznym i gospodarczym. Dziś nie chodzi o to, czy Europa chce być zielona. Chodzi o to, czy chce być w ogóle konkurencyjna. Coraz więcej przedsiębiorców udziela odpowiedzi na to pytanie po prostu... przenosząc produkcję poza kontynent. Krzysztof Domarecki, założyciel i główny udziałowiec grupy Selena, mówi o tym wprost i nie bawi się w eufemizmy.
"To właśnie elity decyzyjne – polityczne i regulacyjne – stoją dziś przed najbardziej niewygodnym rachunkiem. Bo o ile ambitne strategie energetyczno‑klimatyczne można zapisać w dokumentach, o tyle faktury za prąd przychodzą co miesiąc. I to one decydują o lokalizacji inwestycji, efektywności biznesu, ostatecznie – o losach i dobrostanie obywateli".
Jak energia została służebnicą polityki
"Energia jest służebna w stosunku do siły i konkurencyjności gospodarki. I to jest dogmat, to jest priorytet"– mówi Krzysztof Domarecki, twórca i główny akcjonariusz Seleny. - "Ten dogmat nie budzi kontrowersji w Brazylii, Kazachstanie, Chinach czy Stanach Zjednoczonych. W Europie – owszem".
Elity europejskie przez lata traktowały energię jako narzędzie realizacji celów pozagospodarczych, zakładając, że rynek jakoś się do tego dostosuje. Problem polega na tym, że globalna konkurencja nie czeka, aż Europa przetestuje własne idee. Konkurencja po prostu liczy koszty wdzięczna, że może uczyć się na błędach Starego Kontynentu.
"W Brazylii, uwzględniając koszt energii, przesyłu i podatków, płacimy około 130 zł za megawatogodzinę. W Kazachstanie mniej niż 200 złotych. W Chinach 200–280, w zależności od strefy. To są warunki, które pozwalają planować produkcję, inwestycje i ekspansję" - wylicza twórca Seleny.
Europejski rachunek wygląda inaczej.
" W Polsce płacimy około 750 zł za megawatogodzinę”. Ta liczba nie jest publicystycznym skrótem myślowym. To konkretna bariera wejścia dla przemysłu energochłonnego i realny bodziec do relokacji biznesu" - dodaje.
Elity mówią o klimacie, przedsiębiorcy liczą straty
Jednym z największych mitów powtarzanych przez decydentów jest przekonanie, że wysoka cena energii to „przejściowy koszt nieuniknionej transformacji”. Tyle że – jak zauważa Domarecki – "nawet kraje o znacznie wyższym udziale OZE nie doświadczają przełomu cenowego".
" W Hiszpanii, gdzie udział OZE jest dużo większy niż w Polsce, płacimy tylko 20–30 zł mniej" – podkreśla. Oznacza to, że struktura miksu energetycznego nie tłumaczy skali problemu. Tłumaczy ją architektura polityczna i regulacyjna. Elity długo funkcjonowały w komfortowym przekonaniu, że gospodarka „uniesie wszystko”.
"Europa pozwoliła sobie na eksperymenty w okresie, gdy była wystarczająco bogata i myślała, że pokój będzie wieczny. Ten eksperyment polegał na jednoczesnym podnoszeniu kosztów produkcji i utrzymywaniu narracji o globalnej konkurencyjności" - wylicza Krzysztof Domarecki.
Symbolem tej sprzeczności jest – jego zdaniem – system ETS. Teoretycznie miał być rynkowym instrumentem optymalizacji kosztów emisji. W praktyce stał się dodatkowym podatkiem nałożonym na europejski przemysł, którego nie płacą globalni konkurenci. Domarecki nie krytykuje celu redukcji emisji. Przeciwnie. "Redukcja emisji jest absolutnie konieczna, ale musimy rozgraniczyć cel od pakietu narzędzi. Ten pakiet nie przeszedł próby rzeczywistości. Okazał się zabójczy dla gospodarki" - uważa Domarecki.
Co gorsza, polityczna odpowiedzialność za ten stan rzeczy jest rozmyta. Decyzje zapadają w Brukseli, ich koszty rozkładają się na miliony firm i konsumentów. Elity mogą mówić o „długim horyzoncie”, ale przedsiębiorcy działają w cyklu rocznym i inwestycyjnym.
Europejska debata energetyczna pomija jeszcze jeden kluczowy element: koszty stabilności systemu.
"Kiedy mamy wyłącznie stabilne źródła energii, inwestycje w sieci są znacznie niższe" – przypomina Krzysztof Domarecki. - Źródła niestabilne wymagają rozbudowy infrastruktury, rezerw mocy i kosztownych zabezpieczeń. Te wydatki, podkreśla mocno, nie obciążają decydentów. Obciążają rachunki firm.
"Europa powiedziała: klimat jest ważniejszy niż koszty energii. To zdanie dobrze oddaje mentalność elit: cel moralny został uznany za ważniejszy niż rachunek ekonomiczny. Tyle że ten kolejny już rachunek wraca w postaci deindustrializacji" - mówi twórca Seleny.
Biznes już zagłosował. Portfelem
Ryzyko ucieczki biznesu z Europy nie jest czysto teoretyczne. "Przedsiębiorcy z Europy Zachodniej robią to od 30 lat" – przypomina Domarecki, mając na myśli mało popularne tezy o przenoszeniu produkcji poza UE.
Selena nie jest wyjątkiem.
"Coraz więcej produkujemy poza Europą, coraz mniej w Polsce. W Kazachstanie pierwszy zakład pracuje na pełnych mocach, budowany jest drugi. Firma szuka przejęć w Brazylii. To nie jest strategia „optymalizacji podatkowej”, lecz reakcja na koszty energii i regulacji - mówi główny akcjonariusz Seleny. - Dzisiaj taniej opłaca nam się produkować w Azji Centralnej niż eksportować z Polski".
Dodaje jednak od razu, że choć firma utrzyma działalność w Polsce („bo tu się urodziliśmy i tu płacimy podatki”) to dawny model ekspansji oparty na europejskiej bazie produkcyjnej „nie jest już do utrzymania”.
Decydenci pod presją faktów
Najbardziej niewygodna konkluzja dotyczy sprawczości. "Kluczowe decyzje zapadają w Berlinie i w Brukseli" – mówi, wskazując na "ograniczoną suwerenność państw takich jak Polska w polityce energetycznej. Odpowiedzialność elit europejskich jest więc nie tylko moralna, ale i systemowa. Wybór jest niby oczywisty: albo należy skorygować kurs i uznać energię za fundament konkurencyjności, albo pogodzić się z rolą kontynentu‑konsumenta, importującego produkty wytwarzane tam, gdzie energia jest tania. Tak czy inaczej nie liczę na dobre wiadomości" – podsumowuje Domarecki.
Elity mogą jeszcze wybierać narrację. Biznes już wybrał.
Wiadomość tą wyświetlono 682 razy.
